poniedziałek, 17 listopada 2014

jak to się stało..

Nie wiem jak to stało, że znów jestem tu, ale to chyba dobrze.
To pewnie Natalia Przybysz i jej "Nazywam się Niebo". A może to listopad. Może ostatnie piwo z lodówki, a może pełno myśli już od 5:45. I krzyk. Dużo krzyku.
Jak to się stało, że zapomniałam o moich piersiach.. Natalia rozkłada mnie na łopatki, zapadam się w siebie. Boże, jak ja to lubię. A może Bogini, jak ja to lubię :)
Tak chyba lepiej, choć to pewnie jedno i to samo, jedno w dwóch.
Mam pełno pomysłów i tyleż samo blokad. Mam pełno książek i tyleż samo dylematów.
Mam też obraz na ścianie, który tuli mnie mocno i wewnętrzne przekonanie, że idę w dobrym kierunku, że wciąż posuwam się naprzód.
Nie boję się zostać sama, choć tak bardzo doceniam ciepło ramion otaczających mnie w środku nocy.
Nie boję się zmian, choć wiem, że czasem związane są z bólem.
Nie boję się przyznać, że jeszcze tak wiele muszę się nauczyć..
Gdzie jestem? Gdzie jestem tam najgłębiej? W którym kierunku odchodzę?
Czy to co mnie otacza służy mi, sprawia, że wzrastam?
Co w dalszym ciągu odbiera mi spokój?
Odpowiadanie na pytania wzmaga kolejne, tak jak z dokopywaniem się do kolejnych wskazówek co do tego, czym naprawdę jestem.
Już nie wierzę w to, że jestem tylko prochem. Nieudolnym człowiekiem. Kobieta, którą musi coś udowadniać dzień po dniu.
Więc Kim? Tego nie wiem, jest tajemnica do okrycia, skarb do odkopania, życie do zrealizowania.
Im więcej się dowiaduję tym mniej mam pewności co do Ciebie a więcej co do Tajemnicy.
Tajemnica, jedno z wielu imion Boga.


poniedziałek, 9 czerwca 2014

Już nic nie chcę..

Czasem mylnie myślę, że coś zdarzy się na pewno. Spokojna o wieczór, o chwilę i o dłonie blisko ciała.
Zielonookie potwory zaglądają zza szafy. Czekanie. Delikatne kołysanie wokół światła.
Zamazane szyby, spokojny oddech.
Jak mam Ci dać to czego tak Ci potrzeba? Jak zapewnić, że jestem choć ja.. choć tylko ja?
To się nie zmniejsza, nie maleje, nie zmienia.
Wszystko wiruje, ucieka, zmienia się, rośniemy, starzejemy się, świat umiera i się rodzi, a ja w samym środku wchodzę w to samo, w siebie taką jaką zawsze byłam i ..o zgrozo, zawsze będę.
Co się zmienia?
Może jestem jedną z tych, które tak bardzo pragną żyć jak umrzeć.
Nic się nie stało.. kolejny przyjdzie dzień..
A jeśli nie?
Jutro, samo słowo sprawia, że mam ochotę krzyczeć, wszystko na jutro. Obecność wiecznie niedostępna. Miłość, bliskość i rozmowy. Jutro pożyję, jutro mi się uda, jutro, jutro, jutro..
A co z opuszczonym dziś? Pełnym smutku..?
Jak kubek, z którego już się przelewa, a jednocześnie tak bardzo pustym, paradoksalnie przelewa się w nim powietrze.
Tak dziurawa jestem, połatana, tak jakoś nieszczelna.. zupełnie..
Wszystko wypada zostawiając nic, no może delikatny posmak, cień wspomnienia..


czwartek, 10 kwietnia 2014

Cel mojego życia.

Nie wiem czy to przez muzykę, czy ciemne dni.
Nie wiem czy to przez pogodę, czy brak ducha.
Nie wiem co to miało być.
Dziś łzy są inne, dziś są takie moje, takie mi bliskie, nieutulone, lecz utulone być nie chcą. Trochę chyba ze szczęścia, nieprzygarnięte jeszcze. Nie wiem.
Nie chcę tego, co mi wmawiano, że powinnam chcieć. Tylko przestałam o tym pamiętać, to prawie jak nie wiedzieć. Płacz ulgi wielkiej jak rzeka, jezioro, a może morze. I słowa wylewające się w pokorze..
Rób to co wychodzi ci z łatwością, z ogromna przyjemnością, z duszy i serca.
Więc co myślałam, co mam robić. Pod spodem wielkie, pod spodem znaczące, pod spodem stopy bolejące od kółek, wciąż tych samych pytań, bolesna głowa, i przebyta droga tysiące razy wciąż.
Sukces i cele, pieniądze, uznanie, a ja nie miałam ochoty na to,
chciałam mieć słońce w posiadaniu, gwiazdy i kwiaty. 
To wszystko w słowach i w znaczeniach,
w poezji, prozie i piosenkach, lecz głosy w głowie nieprzejednane, niepokochane. I co mieć będziesz z tego? Co ci przyjdzie z tej poezji? Okej, niech będzie, pisz sobie cicho, lecz rób coś jeszcze, coś osiągnij.
Lecz co tu jest do osiągania, kiedy mam wszystko tuż pod nosem. Co tu jest do posiadania, kiedy oglądam to i czasem mam takie cudne, wielkie wrażenie, że jestem panią całego świata.
Chcieć więcej, gdy się ma wszystko to paranoja, to ubogiego jest myślenie, który nie widzi, nie słyszy i skona, i mówi: takie przeznaczenie.
Dziś łzy bez tamy, sentymentalna
jestem i niech tak pozostanie. W twardości mojej skaza i brama w miękkość, w miękkości me otchłanie.
I jestem piękna gdy tak płaczę.
Gdy rozmazany mam makijaż.
Gdy się odkrywam wciąż inaczej.
Gdy wierszem mówić znów zaczynam.
I zgadzam się dziś z celem życia, którym jest moje przeżywanie i akceptacja i w ukryciach znaczeń się wciąż dopatrywanie.
Dusza chce pisać, nic nie poradzę. Trzymana w więzach płacze i skomle, dziś przyszła cicho taka pokorna, przyszła wprost do mnie.
Piszemy, świat się wydaje znów piękny, gwiazdy migoczą pełne znaczenia.
Zgadzam się, zgadzam! - krzyczę do nieba.
Zgadzam się pisać, tworzyć, umierać. Unieśmiertelniać niektóre głoski i zapamiętać tony i dźwięki.
Jaki ten świat jest miękki. Jaki jest miękki.




środa, 2 kwietnia 2014

Jak to jest nie znęcać się nad swoimi łzami?

Kiedy w końcu zaczynasz rozumieć swoją 'nienormalność', a może kiedy w końcu ja zaczynam rozumieć swoją czuję jak ból mija znacznie szybciej przekazawszy to, co miał przekazać.

Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości...

Więc stygnie kawa. Więc nie można się skupić, słowo pisane nie powstaje a zastój czucia obezwładnia myśli. Stare piosenki brzmią inaczej. Myśli z wczoraj tracą swoją przydatność, wylatują z wnętrza jak kurz poruszony czuciem. Ze zrozumieniem. Ból, który kiedyś zginał kolana i powodował mdłości, dziś nie taki straszny. Głos mam inny, spuszczony ze smyczy, hasa niecierpliwie, zajebiście śpiewa.

Chce mówić co mi się podoba, warczeć, gryźć i przekonywać, a czasem dźwięki schować, wyć, co nieco poukrywać...

I mogę w twarz wykrzyczeć ci jaki jesteś tępy i przepraszać cię godzinami, tępą będąc czasami.
I mogę mieszać poezję z prozą, upojenie z grozą.
Może mi się wszystko mieszać, i mogę układać sensy od nowa.
Bo to aż i tylko.. Słowa, słowa, słowa..

Jem marząc o niczym. Upojona chwilą.

Nie wypluwam już niezrozumiałych szeptów, choć zdarza mi się to jeszcze między jawą a snem. Wiem, to są resztki tego, czego nie strawiłam jeszcze i strawić wcale nie chcę. Choć znajomo nam się zamykają drzwi do siebie od czasu do czasu potrafię już odnaleźć szczelinę, ty też.

Pięknie jest się smucić bez wyrzutów sumienia, bez narzekania na nadmierne wydzielanie łzawych potoków, bez oceniania słabości. Po co mam być wtedy silna, po co mam kroczyć z kamienną twarzą i dopiero przed lustrem pękać na kawałki? Jest czas na dzień i pora na noc. Uśmiech promienny i groza ciemnych oczu.
Zawsze fascynował mnie mrok.

W ciemnościach poukrywałam siebie, zaglądam tam teraz z blaskiem niewątłej już świecy, knotek zaprawiony w boju, spokojnie cierpię, gdy czas ku temu. Ogarnąć całość, istotę wszechrzeczy, wszystko. Być ciemnym kątem w pokoju i otwartym oknem. Gryźć, kąsać, całować, lizać.

Jak to jest nie znęcać się nad swoimi łzami? Cudownie.



wtorek, 1 kwietnia 2014

Czy pisanie może uratować od śmierci?

Balansując na krawędzi zrozumienia, odsłaniam ponownie kawałki, które wypełniają szczeliny.
Dawno nie było mnie tu, wracam lekko zaczerwieniona. Zaróżowiona. Na mocnych nogach stoję coraz pewniej. Dźwięki unoszą się w pokoju wraz z blaskiem świecy. Zapach wanilii.
W mojej głowie od prawego do lewego odbija się słowo 'nadużycie'. Nowo odkryte. Usłyszane.
Ciało wzdryga się i mdli mnie. Tak zwyczajnie.

Świeca jednak pali się nadal a smak zielonej herbaty z brązowym cukrem uspokaja zmysły.
Czy pisanie może ocalić od śmierci? Co miałoby umierać wolno, gdyby nie słowa kierowane do siebie, świadomie, czasem ciepło, z nadzieją, a czasem tak beznadziejnie, beznamiętnie i szorstko..?
Apsik.
Jeszcze nie do końca pogodzona z gwałtem na samej sobie tysiąckrotnie powstaję.
Tyle do wybaczenia, a jednocześnie przecież nic, doświadczam, to jedynie doświadczanie, wszechświat pełen możliwości. Czasem więc wystarczy mi sobie uświadomić, przeboleć, wstać.

Takie łatwe. Tak cholernie trudne.
Piję więc herbatę w blasku wieczornej świecy. Daleko od domu, a jednocześnie wreszcie w nim.
Zagubione drogi w tyle przypominają zaplątane sznurowadła, a ta po której kroczę zwęża się i poszerza, jedyna po której chcę iść, bo po niej idę.
Pełno przystanków, luk, niedomówień, a jednocześnie tak bardzo widoczny płomień ciepłej świecy, tylko on.
Nie jesteś moim odbiciem, ani ja twoim, nie służysz mi do niczego, ani ja tobie. Możemy co najwyżej minąć się lub iść tak blisko siebie, że poczuję gęsią skórkę na twoim spoconym lekko naskórku, w uścisku dłoni niepewność.

piątek, 27 grudnia 2013

Połączenie z Duszą.

Po prostu usiądź.
Teraz. Odsuń laptopa. Zamknij oczy. Ułóż dłonie wnętrzem ku górze, stopy na podłodze, albo tak, żeby Ci było wygodnie.
Wyraź intencję, by Twoja Dusza weszła do Twojego ciała.
Skup się na odczuciach. Nie medytuj. Bądź obecny. Czuj, cokolwiek przyjdzie.
Daj sobie na to chwilę, nawet 5 minut jest dobre, choć równie dobre jest 20. Poczujesz to.
Odczuwaj wszystko.
Po tej chwili z intencją i tym, co odczułaś/łeś zrób sobie 5 minut przerwy.
Napij się wody, odpocznij.
Usiądź raz jeszcze. Powtórz intencję. Odczuwaj.

To wszystko :)
Po tygodniu powtórz znowu. I następnie za dwa tygodnie. Lub ile tylko chcesz;))
Cokolwiek się zadzieje lub nie - tak ma być. To już jest, odbywa się.
A Twoja Dusza pragnie wrócić do Ciała..
I Twoje Ciało pragnie być świętym naczyniem dla Duszy..


Zafascynowana.
Poruszona.
Ciekawa co jeszcze się wydarzy.
Polecam spróbować :)
Polecam przeczytać książkę ulubionej ostatnio przeze       mnie autorki Jonette Crowley, której "Orzeł i Kondor" ma   szczególne miejsce w moim sercu.

Kim jesteś?
Pragniesz poczuć swoją Duszę?
Lubisz przygodyyy? :))

Życie jest cudem, z którego nie zdajemy sobie sprawy,
a już się dzieje, TERAZ.








Książkę można kupić na stronie Wydawnictwa Biały Wiatr .

piątek, 22 listopada 2013

Niezauważone dziecko.

Czasem patrzymy na ludzi jakby w ogóle nie istnieli.
Są tylko nasze myśli i emocje. Świat zanika. Zapachy umykają. Widok za oknem traci barwy.
Dorośli zazwyczaj radzą sobie z byciem niewidzialnymi. To chyba kwestia przyzwyczajenia.
Ja nie patrzę na Ciebie. Ty nie patrzysz na mnie.
Taka ciekawa społeczna umowa, która ułatwia krótki, niezobowiązujący układ, który tak chciałby być nazwany kontaktem. Jednak to chyba za duże słowo. O wiele za dużo.
Mówisz coś do mnie, a ja Cię nie słyszę, jedynie myśli o tym, co Ci odpowiem i jak to jest u mnie.
Pokazujesz mi coś, a ja nie widzę. Niczego. Niezwykłego. Zwyczajny kawałek patyka.
Niewidzialne społeczeństwo. W którym jedna myśl goni drugą. Osiągnięcia.
Cisza tak głośna jak trąbienie samochodów w parku.
A dzieci? Czy widać je jeszcze?
Mam w swojej głowie obraz dziecka, po raz kolejny niezauważonego.
Dzieci nie radzą sobie jeszcze z tą zbiorą umową : ja nie zobaczę prawdziwego Ciebie, Ty nie zobaczysz prawdziwej mnie.
One jeszcze widzą. I słyszą. I chcą, by je widzieć. I chcą, by je słyszeć.

I jest we mnie takie dziecko, które słyszy. Które pragnie mówić cicho, bym mogła skupić się jeszcze bardziej. Takie dziecko, które nie może patrzeć na to, ile wciąż wymagamy od dzieci. Które nie pozwala mi obojętnie słuchać, gdy ktoś na inne dziecko krzyczy, wymagając by rozumiało. Wszystko. Wszędzie.
By było szybkie, idealne, by się dostosowało.
Czy my już nie widzimy dzieci?
A one muszą mówić same do siebie. Malować sobie obrazki. Patrzeć i słuchać o rzeczach, które tak bardzo "powinny" zrozumieć.
Zatrzymuję się na moment, smutek siada obok. Patrzymy na dzieci. Są takie piękne. Są takie niewinne.
A gdy słuchają słyszą naprawdę.
Niezauważone dziecko we mnie domaga się uwagi. Domaga się głosu. Domaga się miłości.
Bezwarunkowej...